W tym domu zawsze było cicho.
Nie taka cisza, która boli w uszach, tylko ta miękka – jak kurz tańczący w promieniu światła. Kot lubił tę porę dnia. Siadał przy stole, dokładnie na tym samym krześle, i patrzył w okno, jakby czekał na coś, co już się wydarzyło.
Ogień pojawił się bez zapowiedzi.
Najpierw jako zapach. Potem jako kolor. A na końcu jako fakt.
Zasłony zajęły się pierwsze. Ściany odpowiedziały chwilę później. Dom zaczął mówić językiem trzasków i płomieni, którego nikt nie uczył kota, ale który rozumiał aż za dobrze.
Nie wstał.
Podniósł kubek. Sprawdził, czy herbata jeszcze ciepła. Była. To było ważne. W świecie, który nagle postanowił się rozpadać, drobne rzeczy miały największe znaczenie.
Kot pomyślał o wszystkich dniach, które już minęły.
O tych, w których wszystko też wyglądało jak koniec, a jednak następnego ranka wschodziło słońce. O chwilach, gdy chaos krzyczał, a on nauczył się odpowiadać ciszą.
Ogień był głośny.
Kot – nie.
Siedział więc dalej, prosty jak pionowa kreska w środku zdania. Patrzył, jak świat robi swoje, i pozwalał mu się wypalić. Bo wiedział coś, czego ogień nie wiedział:
że spokój nie jest brakiem strachu,
tylko decyzją, żeby nie dać mu kierownicy.
Gdzieś w tym wszystkim pomyślał, że to tylko kolejna scena.
A każda scena – nawet ta w płomieniach – kiedyś się kończy.
I dopóki jest kubek.
I dopóki jest oddech.
I dopóki można siedzieć przy stole.
Wszystko jest…
na razie.